Aktor, Jarosław Jakimowicz, zapisał się w pamięci widzów jako Cichy, w kultowym filmie
Jarosława Żamojdy „Młode Wilki” i „Młode Wilki 1/2”. Później pojawiły się kolejne
role na małym i dużym ekranie, m.in.: w „Zaklętej”, „Tryumfie pana Kleksa”,
„Poranku Kojota” „Złotopolskich”, „Klanie”, „Na dobre i na złe”. Zwycięzca reality
show „Big Brother VIP”, widzom TVN znany jest również z programu „J&J”,
prowadzonego wspólnie z Jolą Rutowicz. Aktor ma swoją gwiazdę na Promenadzie
w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach.
O filmowych kreacjach, oryginalnych fryzurach, a także… nietypowej propozycji dla
mistrzów grzebienia, Jarosław Jakimowicz rozmawia z Jolantą Tokarczyk.
Zacznijmy nietypowo, od propozycji zmian. „Znak rozpoznawczy” Jarosława Jakimowicza to długie,
zaczesane do tyłu blond włosy, sportowy, niewątpliwie rozpoznawalny styl. Czy nie miał Pan pokus
by zmienić image? A może brakło odważnych, którzy zdecydowaliby się zaproponować zmiany…
Cóż… być może będę nieco prowokował znawców sztuki fryzjerskiej, ale zawsze marzyłem o tym,
aby na ulicy, w klubie, gdziekolwiek, podszedł do mnie fryzjer i powiedział; mam
na ciebie pomysł, chcę ci zrobić nową fryzurę. Niestety, nigdy nic takiego się nie wydarzyło.
Nikt nie przyszedł do mnie z żadną propozycją, ani dobrą, ani złą. Ludzie, którzy
znają mnie z gazet, telewizji czy z filmu, pewnie nawet nie pomyśleli o tym, że mogliby mi coś
takiego zaproponować. Tymczasem ja bym się zgodził…
Możemy, zatem, poddać Czytelnikom i Mistrzom Grzebienia pomysł na wielką metamorfozę?
Nie będzie Pan miał nic przeciwko?
Nie, zdecydowanie nie. Oczywiście wcześniej chciałbym poznać
pomysł stylisty, aby nie zostać zaskoczonym nietypowym projektem. Ale jeśli propozycja nie
będzie zdecydowanie „pod prąd”, nie będzie pozostawała w sprzeczności z rolą,
jaką aktualnie gram, naprawdę się zgodzę. Może trudniej byłoby eksperymentować,
gdyby ktoś zaproponował mi kolorową szachownicę na głowie, ale w innych przypadkach,
czemu nie? (śmiech…)
Zatem - jesteśmy umówieni. Mam nadzieję, że redakcyjny telefon rozgrzeje się do czerwoności,
a w propozycjach będziemy mogli przebierać, niczym w prawdziwym rogu
obfitości. Oczywiście nie omieszkamy pokazać efektu końcowego…
Oczywiście. Dobrze dobrana fryzura świadczy przecież o człowieku; powinna być, zatem,
wypadkową jego charakteru i osobowości oraz aktualnych trendów. Styliści wiedzą
o tym najlepiej. Ja zawsze chciałem, żeby ktoś zrobił mi na głowie coś „odjechanego”,
bardzo oryginalnego. Zresztą sam wielokrotnie eksperymentowałem z włosami, choć
wtedy jeszcze nie wiedziałem, że aby uzyskać odpowiedni efekt końcowy robi się np. trwałą ondulację.
W Polsce był to czas, kiedy włosy stawiało się na mydło i rozjaśniało perhydrolem.
Nie było przecież pianek, żeli, odżywek i całego tego bogactwa, które dziś oferują nam salony.
Miał Pan jednak swoich idoli, do których chciał się
upodobnić…
Marzyły mi się różne fryzury – między Billy Idolem a chłopakami z Duran Duran. Takimi fryzurami szokowałem,
przez co trzy razy wyrzucano mnie ze szkoły. Wychowałem się na trendach New
Romantic, ale tego nie było widać u nas, tylko za granicą. Dziś natomiast można jedynie
pozazdrościć wszystkim młodym ludziom, którzy mogą poeksperymentować ze
swoimi włosami, mają do tego odpowiednie środki i fachową pomoc stylistów.
Pan jednak oglądał ten kolorowy świat z dala od Wisły?
Gdy miałem 19 lat, uciekłem z Polski do Niemiec przed wojskiem. Uciekłem skutecznie;
do wojska nigdy nie poszedłem. Marzyła mi się podróż do Afryki, a krajem
tranzytowym stały się Niemcy. Zostałem tam przez cztery lata. Później mieszkałem jeszcze m.in.
w Szwecji i w Barcelonie. I tam, za granicą, mając zaledwie
nieco ponad 19 lat, ze zdumieniem spostrzegłem, że w sklepach znajduje się wiele
rodzajów żeli do włosów, odżywek czy wosków przeznaczonych do różnych typów fryzur.
Była druga połowa lat osiemdziesiątych; u nas puste półki. Za granicą
zobaczyłem i doświadczyłem, jak się żyje z dala od kraju.
W Niemczech, niedaleko miejsca gdzie mieszkałem, pracował fryzjer - Francesco,
z pochodzenia Włoch. Super gość, bardzo się później zaprzyjaźniliśmy. Pamiętam, że
poszedłem do niego, aby obciąć włosy i pojawił się kłopot. Nie znałem tak dobrze niemieckiego,
aby dokładnie mu wytłumaczyć, jaką chcę mieć fryzurę. Wróciłem do domu i przyniosłem
wycięte z gazet zdjęcia z fryzurami, które mi się podobały mówiąc, że tak chciałbym
zostać ostrzyżony. I wtedy Francisco uświadomił mi coś, co tak naprawdę po dziś dzień jest
prawdą nie tylko fryzjerów-stylistów, ale i ich klientów. Jest również i moją prawdą,
gdyż z tym związany jest mój charakter. Uświadomiłem sobie mianowicie, że przyniosłem
dwa zupełnie różne zdjęcia; na jednym był idol z młodości, wokalista zespołu INXS,
który miał długie włosy do ramion, kręcone, ale równo obcięte. Na drugim
zdjęciu był właśnie Billy Idol, który nosił krótkie, białe włosy. Dwie sprzeczności. Francesco
trafnie to podsumował, mówiąc: Jarek, ty nigdy nie będziesz naprawdę szczęśliwy…
Będziesz miał długie włosy, będziesz pragnął krótkich, będziesz miał krótkie i będziesz tęsknił za długimi.
Zupełnie jak w życiu…
To prawda większości klientów salonów fryzjerskich – chcemy być inni. Pewnie dlatego
Murzyni prostują swoje fryzury afro, Japończycy robią sobie pasemka, a Szwedzi marzą o czarnych,
kręconych włosach. Wszyscy chcemy wyglądać inaczej. Wtedy, w Niemczech, miałem pierwszy
kontakt z fachowym fryzjerstwem, profesjonalnym obcięciem włosów.
Francesco rzeczywiście był doskonałym fryzjerem, dziś, gdy oglądam zdjęcia z tamtych lat,
nie mogę powstrzymać się od śmiechu. On naprawdę zrobił mi fryzurę podobną
do tej, jaką nosił mój idol z INXS; zrobił mi trwałą na długie włosy. Później jeszcze wielokrotnie
eksperymentowałem z fryzurą, choć dziś pewnie bym już tego nie zrobił.
Gdy wróciłem do Polski po długim pobycie za granicą, miałem
zupełnie inne włosy niż teraz. Ale chciałem spróbować tego wszystkiego, co nam wtedy
w Polsce umykało, czego u nas nie było…
Jakie były te najbardziej, nietypowe, ekstrawaganckie fryzury?
Najbardziej ekstrawaganckie było dla mnie to, gdy jeden z muzyków zespołu Classic
Nouveau przyjechał do Polski. Miał białe, długie, stojące włosy. Myślałem, że można samemu
tak się uczesać, a tymczasem on miał trwałą, mnóstwo lakieru i innych kosmetyków.
Pamiętam, że sam chciałem zafundować sobie taką fryzurę. Być może z tego powodu
dyrektor ze szkoły na Woli wyrzucała mnie za te włosy…, i za worek… Z workiem to również
osobna historia. W czasach, kiedy nosiło się teczki, a w nich ładnie poukładane zeszyty
i książki i w oddzielnej przegródce kanapki, ja nosiłem marynarski worek ze źle napisanym
logo MAANAM-u. W nim pogniecione zeszyty, taki prawdziwy misz-masz z kanapkami.
Do tego odjazdowe fryzury, – nie, to nie mogło spotkać się
z aprobatą szacownego grona pedagogicznego. Byłem niepokorny.
Jak na co dzień dba Pan o włosy?
Nie poświęcam im zbyt wiele uwagi. Nie stosuję żadnych szczególnych kosmetyków,
w domu moich dziadków, gdzie się wychowywałem, nie używano grzebieni, a tylko szczotki
do włosów. Od 20 lat nie stosowałem suszarki, za to nieraz zdarzało mi się wychodzić,
nawet zimą z mokrymi włosami. Jeszcze dziesięć lat temu używałem wyłącznie kremu Nivea,
który stosowałem nieraz nawet wcierając go we włosy. Dlatego nasuwa mi się spostrzeżenie,
że kosmetyki, owszem, są ważne, ale najważniejsze są geny i to one decydują o tym,
czy mamy mocne włosy, czy nie.
Czy spotkał się Pan z porównaniem do nieżyjącego aktora,
legendy kina, Jamesa Deana?
Tak, pierwszy raz w dość nietypowej sytuacji. W młodości chodziłem do szkoły muzycznej,
grałem na instrumentach perkusyjnych. W czasie pobytu w Niemczech, czekając w kolejce
do stomatologa, spotkałem dwóch chłopaków, o wyglądzie rock’and rollowców.
Wywiązała się dyskusja na temat naszych muzycznych i fi lmowych fascynacji i naszych idoli.
Gdy spytałem ich, kogo uważają za swój wzór, bez namysłu odpowiedzieli, że mamy wspólnych idoli.
Ocenili to po mojej fryzurze - mój wygląd i podobieństwo do Jamesa Deana nie budziły wątpliwości.
Byłem zdumiony zainteresowaniami tych chłopaków, rock’and’rollowców.
Ale gdy oglądam swoje zdjęcia z tamtych lat, śmieję się, że wyglądem rzeczywiście
przypominałem znanego aktora. Zresztą zaprzyjaźniłem się z nimi, a nawet przez
jakiś czas wspólnie grywaliśmy.
James Dean miał też inne fascynacje. Skóry i motory przeszły do historii kina
i historii stylizacji, podobnie jak znoszona kurtka, plecak i czarne okulary Zbyszka Cybulskiego.
Czy te pasje też były podobne?
Po części tak, ale nie do końca. Nie mam motocykla jak James Dean; gdybym mieszkał w Barcelonie,
być może, ale u nas jest to raczej bez sensu. Skóry – owszem, lubię, choć nie chodzę na
co dzień w skórzanych spodniach jak np. śp. Piotr Łazarkiewicz. Ale jest we mnie jakiś bunt,
jak w Jamesie Deanie.
W pewnym momencie w Pana życiu pojawił się film. Czy
wśród ról filmowych lub telewizyjnych były takie, które
wymuszały drastyczną zmianę wizerunku?
Nie, nie było takich ról. Uważam, że w Polsce nie ma tego typu scenariuszy i takich filmów,
które wymuszałyby konieczność drastycznych zmian wizerunku.
Nie chodzi tylko o mnie , ale o ogólną sytuację, u nas nie ma takiego rynku, nie stawia się
takich wyzwań przed aktorami. Gdy film robi się w pośpiechu, trudno znaleźć czas i środki
na realizacje z rozmachem. Zupełnie inaczej niż w przypadku kreacji aktorskich na przykład
Jacka Nickolsona czy Brada Pitta, albo innych, którzy decydują się przytyć czy schudnąć do
roli kilkanaście kilogramów, poświęcają miesiące na naukę wschodnich sztuk walki, pracują
jako taksówkarze, aby dobrze zagrać swoją postać. U nas tego po prostu nie ma.
Jak Pan trafił do filmu?
Znałem się prywatnie z reżyserem Julkiem Machulskim. Jego żona robiła w Polsce castingi
dla nowojorskiej agencji modelek. Zaproponowano mi, abym pomógł w tej pracy.
Jeździliśmy więc po całej Polsce, szukaliśmy nowych twarzy, organizowaliśmy
m.in. wyjazdy Renaty Gabryjelskiej, podejmowaliśmy pierwsze działania,
jeszcze nierozpowszechnione na naszym rynku. Był to rok 1991. Julek Machulski
zaprosił mnie kiedyś na casting do
jego filmu „Torsje”. Szukał kogoś o miłej aparycji, a nie aktora charakterystycznego.
Zgodziłem się, choć film nigdy nie powstał. Pamiętam jednak, że w czasie moich
pierwszych prób przed kamerą do studia weszła na chwilę niepozorna dziewczyna.
Nie zwróciłem wtedy na nią uwagi do czasu, aż później zostaliśmy sobie przedstawieni
w warszawskim klubie Lapidarium. Okazało się, że była to Ania Zamachowska, która
organizowała casting do filmu
„Przemytnicy”. Filmowi później nadano tytuł „Młode Wilki”. Gdy przedstawiono mnie
reżyserowi Jarkowi Żamojdzie, powiedział, że rola Cichego jest napisana dla mnie,
że szukał dokładnie takiego aktora. Zaproszono mnie na zdjęcia próbne, które w moim
odczuciu wypadły bardzo kiepsko. Byłem nieśmiały, myślałem, że jak się nie uda, dadzą mi spokój.
Dostałem jednak scenariusz i wtedy naprawdę się zaczęło... Każdy aktor, gdy dostaje scenariusz,
wertuje go, szuka, gdzie jest jego postać. Ja też szukałem… I nagle się przeraziłem; okazało się,
że to wszystko było dla mnie, że miałem grać nie jakąś drobną postać, ale jedną z głównych ról.
Nie mogłem jeść, nie mogłem spać, czułem się tak, jakbym drugi raz zdawał maturę.
Do zdjęć pozostał zaledwie miesiąc… Gdyby nie to, że podpisałem umowę,
pewnie bym zrezygnował. Inaczej na planie czują się ci, którzy w aktorstwie osadzeni
są od dziecka, grywają w kółkach teatralnych, wywodzą się z aktorskich rodzin.
Ja byłem inny. Byłem chłopakiem z warszawskiej Woli i raczej chodziłem po drzewach,
a nie występowałem na szkolnych akademiach. Nie miałem więc całego tego zaplecza,
nie miałem z czego czerpać, mogłem tylko być sobą. Pierwszego dnia na planie miałem wrażenie,
że poszło bardzo źle. Drugiego też byłem przekonany, że jestem zupełnie do niczego.
Ale od trzeciego zaczynało być coraz lepiej.
Na ile ta duża rola wpłynęła na późniejsze dokonania
w show biznesie i w aktorstwie?
Od tego czasu wszystko się zaczęło. Później zagrałem wiele innych ról, m.in. w
„Tryumfie pana Kleksa”, „Zaklętej”, „Poranku Kojota” i w kilku serialach. Ale też nigdy
nie byłem zawodowym aktorem i nie musiałem nim być. Żyłem z czegoś zupełnie innego,
nie musiałem się na wszystko godzić, przymilać się różnym osobom, byle dostać rolę.
To jest moja wolność. To jest mój Dean. Prowadziłem polsko-amerykańską firmę, która zajmowała
się pozyskiwaniem pieniędzy do produkcji teatralno-filmowych. Byłem szefem promocji
w firmie muzycznej Marka Kościkiewicza Zic-Zac, które produkowało największe
przeboje Varius Manx, Urszuli, Kayah. Później pojawiły się seriale; „Złotopolscy”, „Klan”,
„Na dobre i na złe”. Nie były to wcześniej zaplanowane role. Pamiętam, jak kiedyś,
przypadkiem znalazłem się w jednej z agencji aktorskich, kiedy zadzwonili tam z produkcji „Klanu”.
Było piątkowe popołudnie, niemal weekend, kiedy organizowano casting do tego serialu
i ktoś zasugerował, że powinienem tam pójść. Poszedłem, a kilka godzin później otrzymałem telefon,
że Paweł Karpiński zdecydował się mnie zaangażować. Ucieszyłem się, ale okazało się,
że zdjęcia zaczynają się następnego dnia o siódmej rano. Wtedy właśnie, w sobotę,
powinienem być na ślubie swoich przyjaciół w Poznaniu.
Musiałem błyskawicznie zmienić plany, wszystko przeorganizować.
W konsekwencji w „Klanie” zostałem na dłużej, miałem tam wiele dni zdjęciowych.
Do czasu aż pojawiła się propozycja z „Big Brothera”.
Jak wspomina Pan pobyt w Domu Wielkiego Brata?
Reality show to zupełnie inne doświadczenie, różne od dotychczasowych zadań aktorskich.
W telewizji oglądamy zaledwie 10-, może 20 procent tego, co się tam dzieje. Oczywiście
jest to starannie wyselekcjonowany materiał, który ma pokazać widzom, kim są uczestnicy
reality show, jak się zachowują, co sobą reprezentują. W niektórych przypadkach
miałem do odegrania pewne zadania aktorskie, ale bazowałem
na własnych uczuciach, moje przeżycia i odczucia były szczere. Pewnie to sprawiło,
że spodobałem się widzom i że wygrałem. Przed kamerą mówiłem to samo,
co w gronie uczestników. Miałem jednak dwa momenty, kiedy chciałem zrezygnować.
Było to m.in. po sfingowanej scenie ucieczki. Otrzymałem takie zadanie aktorskie
i udało mi się zagrać tę scenę na tyle realistycznie, że wszyscy uwierzyli, że uciekłem.
Ale gdy później przez dwa dni siedziałem zamknięty w niewielkim pomieszczeniu,
miałem ochotę naprawdę stamtąd uciec. I wtedy, jeden, jedyny raz powiedziano mi,
że jest tak dobrze, iż powinienem, muszę wytrzymać. To była jedyna podpowiedź, jaką
otrzymałem w ciągu tych dni. Były oczywiście i takie sytuacje, kiedy zapytano mnie
czy zgadzam się na wyemitowanie pewnych sekwencji z moim udziałem. Ale nie miałem
nic do ukrycia, nie straciłem nad sobą kontroli. Musimy jednak pamiętać o tym, że zamknięcie
w Domu Wielkiego Brata wyzwala niesamowite uczucia. Nie mamy świadomości, co się dzieje
na zewnątrz, nie wiemy, jak jesteśmy oceniani przez widzów. Jednak mimo wielu niedogodności
to „Big Brother” okazał się jednym z ciekawszych doświadczeń w moim życiu. Ale ktoś,
kto nigdy tam nie był, nie zrozumie; tego po prostu nie da się opowiedzieć słowami…
Los nie szczędził Panu trudnych chwil. Niewiele osób wie,
że synowi podarował Pan drugie życie…
Mój syn, Jeremiasz, urodził się chory, konieczna była transplantacja wątroby.
Lekarze zwlekali z operacją, która niosła
za sobą duże niebezpieczeństwo dla dawcy i prawdopodobieństwo
odrzucenia przeszczepu u kilkumiesięcznego biorcy. Jednak, gdy synek miał siedem miesięcy,
na moją stanowczą prośbę, przeprowadzono transplantację. Później przez dwa lata mieszkaliśmy
w szpitalu. Ale wyszliśmy z tego zwycięsko. Dziś Jeremiasz ma pięć lat i jest okazem zdrowia.
Ma nawet lepsze parametry wątrobowe niż ja. Nieraz zadawano mi pytanie, dlaczego to zrobiłem…
Dla mnie jest jednak oczywiste, że gdybym postąpił inaczej, mój syn nigdy
obchodziłby pierwszych urodzin.
A ja nigdy nie usłyszałbym od niego jak bardzo mnie kocha.
Czy przyszły rok jest jeszcze niewiadomą, czy też ma Pan
już jakieś konkretne plany?
Mam przed sobą duży projekt filmowy, ale jeszcze nie zdradzę
szczegółów. Napisałem też scenariusz do trzeciej części „Wilków”. Na razie nie udało
się go zrealizować, choć miałem już zgromadzone na ten cel pieniądze. Wszystko rozbiło
się o prawa autorskie w Telewizji. Ale wcześniej czy później zrobię ten film. Mam taki charakter,
że w końcu muszę dopiąć swego. Nie lubię stagnacji; wolę problemy niż prozę życia,
wolę brak czasu niż nadmiar wolnego. Dlatego wierzę, że to co zaplanuje
wcześniej czy później musi się udać.